Home » Czym różni się kampania wyborcza od codziennej pracy partii

Czym różni się kampania wyborcza od codziennej pracy partii

Czym różni się kampania wyborcza od codziennej pracy partii

Polityka kojarzy nam się głównie z tym, co widzimy w telewizji raz na kilka lat. Plakaty w pasach drogowych, uśmiechnięci kandydaci z billboardów obiecujący gruszki na wierzbie i debaty pełne emocji. To jest ten moment, kiedy polityka przypomina wielki festiwal albo mecz finałowy. Tyle że kampania wyborcza to tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym kryje się ogromna masa codziennej, często nudnej i powtarzalnej pracy partii politycznej. Różnica między tymi dwoma stanami jest taka sama jak między przygotowaniami do wesela a trzydziestoma latami małżeństwa. Warto przyjrzeć się temu bliżej, żeby zrozumieć, jak to wszystko faktycznie działa od kuchni.

Maraton zamiast sprintu

Codzienna praca partii politycznej to maraton rozłożony na lata. Zamiast medialnych fajerwerków mamy tu do czynienia z organiczną pracą u podstaw. Wyobraź sobie biuro poselskie w małym mieście, gdzie w środę przed południem przychodzi pani Maria z problemem dotyczącym odmowy przyznania dodatku mieszkaniowego. Nikogo to nie obchodzi w centrali w Warszawie, nie zrobi to zasięgów na Twitterze, ale to jest właśnie ta prawdziwa tkanka polityki. Partia na co dzień musi budować struktury, rozmawiać z lokalnymi przedsiębiorcami, pisać projekty ustaw w sejmowych komisjach i dbać o to, żeby zaplecze eksperckie nie stało w miejscu.

W okresie pozawyborczym politycy pracują jak urzędnicy w korporacji, tylko z silniejszym parciem na szkło. Analizują raporty GUS, spotykają się z rolnikami, którzy protestują przeciwko nowym przepisom, i próbują zrozumieć, co trapi ludzi w powiatach, do których nikt nie zaglądał od poprzednich wyborów. To jest czas nudny, niewdzięczny i rzadko nagradzany oklaskami. Bez tej nudnej pracy żadne ugrupowanie nie byłoby jednak w stanie wystartować w wyborach, bo po prostu zabrakłoby mu ludzi, struktur i pomysłów.

Kiedy rusza machina wyborcza

Kampania to zupełnie inna bajka. W momencie, gdy zostaje ogłoszony termin wyborów, w sztabach pękają tamy. Nagle wszystko musi być na już. Spokojne analizy gospodarcze ustępują miejsca krótkim, chwytliwym hasłom. Działacze, którzy przez trzy lata widzieli się raz na kwartał na nudnym posiedzeniu zarządu koła, teraz wiszą na telefonach po kilkanaście godzin dziennie. Zmienia się język, tempo i cel działań. Zamiast próby znalezienia kompromisu pojawia się polaryzacja, bo w kampanii nie wygrywa ten, kto ma najbardziej rozsądne rozwiązania, tylko ten, kto potrafi głośniej i wyraźniej przekonać do siebie wyborców.

Podczas kampanii polityka staje się produktem, który trzeba sprzedać. I nie ma w tym nic złego, taka jest dynamika demokracji medialnej. Partia przestaje być stowarzyszeniem miłośników rozwiązywania problemów społecznych, a staje się kampanijną machiną marketingową. Wszyscy biegają z plakatami, koszulki z logo partii wychodzą z szaf, a liderzy wsiadają w busa i przemierzają kraj wszerz i wzdłuż, jedząc zimne zapiekanki na stacjach benzynowych i śpiąc po cztery godziny na dobę.

Pieniądze i zasoby, czyli paliwo systemu

Inny jest też sposób zarządzania zasobami. Na co dzień budżety partii są zazwyczaj bardzo skromne. Pieniądze ze składek członkowskich i subwencji budżetowych starczają na opłacenie skromnych biur, kilkunastu etatów w centrali i parę skromnych konferencji prasowych. Działacze często robią wiele rzeczy społecznie, dorabiając na boku w swoich normalnych zawodach. Prawnik jest radcą prawnym, nauczyciel uczy historii, a polityka to ich popołudniowa pasja.

W kampanii budżety puchną wielokrotnie. Pojawiają się darczyńcy, kredyty bankowe i specjalne fundusze celowe. Pieniądze lecą strumieniami na reklamy w internecie, spoty w telewizji, gadżety i logistykę wieców. To wtedy widać, jak krucha jest granica między autentycznym zaangażowaniem a zimną kalkulacją finansową. Partia, która nie potrafi zarządzać swoimi finansami na co dzień, w kampanii zazwyczaj tonie w długach, zanim jeszcze urny zostaną otwarte.

Komunikacja z ludźmi: od dialogu do monologu

Ciekawie wygląda też zmiana w sposobie rozmawiania z obywatelem. W zwykłym okresie polityk teoretycznie ma czas na słuchanie. Oczywiście teoria swoje, a praktyka swoje, ale przynajmniej istnieje przestrzeń na dłuższą rozmowę. Można komuś wytłumaczyć, dlaczego pewne reformy trwają tak długo i z jakich powodów państwo nie ma pieniędzy na wszystko. Ludzie bywają wściekli, kłócą się z politykami na spotkaniach otwartych, ale to jest jakiś rodzaj autentycznego kontaktu.

W trakcie kampanii ten dialog znika. Zastępuje go monolog opakowany w ładne pita. Politycy nie rozmawiają już z wyborcami, oni do nich przemawiają ze sceny albo odpowiadają wyuczonymi formułkami na pytania dziennikarzy. Każde słowo jest ważone, każda wypowiedź kalkulowana pod kątem tego, jak odbierze ją niezdecydowany wyborca w dużym mieście albo senior na wsi. Kampania nie służy do edukowania społeczeństwa, tylko do mobilizowania własnego elektoratu i podkradania głosów konkurencji.

Dlaczego potrzebujemy obu tych światów

Można by pomyśleć, że kampania to sama ściema, a codzienna praca to ta jedyna wartościowa część polityki. Jednak tak nie jest. Demokracja potrzebuje obu tych elementów. Codzienna praca daje partii kompetencje, zaplecze i merytoryczną podbudowę. Bez niej ugrupowania byłyby tylko wydmuszkami z ładnym logo i pustymi obietnicami. Z kolei kampania to ten moment wstrząsu, który zmusza partie do wyjścia ze swoich bańek, podsumowania dotychczasowych działań i poddania się pod osąd obywateli.

Kampania wyborcza to fajerwerki, wielkie emocje i bitwa na programy. Codzienna praca partii to natomiast mrówcza robota, szara rzeczywistość i próba sklejania państwa tak, żeby jakoś działało między jednymi a drugimi wyborami. Kiedy następnym razem zobaczysz uśmiechniętego polityka na billboardzie, pamiętaj, że za tym plakatem stoi cała armia ludzi, którzy przez lata robili nudną, papierkową robotę, żeby ten człowiek w ogóle mógł tam zawisnąć.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.