Home » Dlaczego rozmiary ubrań tak bardzo różnią się między markami

Dlaczego rozmiary ubrań tak bardzo różnią się między markami

Dlaczego rozmiary ubrań tak bardzo różnią się między markami

Kupujesz spodnie w swoim stałym rozmiarze. Wchodzisz do przymierzalni, zapinasz guzik, robiąc przy tym lekki wdech, a potem z trudem łapiesz powietrze. Znasz to? Wracasz na salę, sięgasz po numer większe, a te z kolei spadają z bioder. Idziesz do innego sklepu, przymierzasz dokładnie ten sam rozmiar i nagle okazuje się, że masz zapas na całą kanapkę z serem. To nie jest kwestia tego, że twoje ciało zmienia się w oczach z godziny na godzinę. Problem tkwi w tym, że rozmiarówka w sklepach odzieżowych to absolutna fikcja.

Skąd się wzięły rozmiary ubrań?

Żeby zrozumieć ten bałagan, musimy cofnąć się w czasie. Kiedyś ubrania szyto na miarę albo w domach. Gotowa konfekcja pojawiła się na szeroką skalę w XIX wieku, głównie za sprawą wojska. Armia potrzebowała szybkich statystyk, żeby ubrać tysiące żołnierzy, więc przetestowano setki wymiarów i stworzono ustandaryzowane gabaryty. Logika była prosta – skoro mężczyźni różnią się masą, podzielmy ich na grupy.

Prawdziwa rewolucja ruszyła w latach 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Rząd postanowił zmierzyć tysiące kobiet, żeby stworzyć uniwersalny system rozmiarów dla cywili. Badanie oparto jednak na specyficznej grupie. Zmierzono głównie młode, białe kobiety z armii. Pominięto starsze panie, kobiety o innych proporcjach i mniejszości. Ten wybór zaważył na wszystkim, co nosimy do dzisiaj.

System ten rzucił ziarno pod dzisiejszy chaos. Zamiast obiektywnej miary centymetrowej, dostaliśmy umowne cyfry, które z dekady na dekadę zaczęły dryfować.

Czym jest vanity sizing, czyli próżność w tabeli rozmiarów?

Przejdźmy do sedna. Dlaczego rozmiar M u jednego producenta to S u innego, a w sklepie naprzeciwko L? Odpowiedź kryje się pod pojęciem vanity sizing, czyli rozmiarami próżności. To sprytny chwyt marketingowy, który polega na tym, że marki celowo zaniżają oznaczenia na metkach.

Jeśli wiesz, że wchodzisz w rozmiar 36 zamiast 38, czujesz się lepiej. Twój mózg rejestruje prosty komunikat: jesteś szczuplejsza, w lepszej formie, wszystko gra. Kupujesz te spodnie, bo poprawiają ci humor. Marki doskonale o tym wiedzą. Sklep, który trzymałby się surowych, starych norm, szybko zauważyłby odpływ klientów. Przecież nikt nie chce wychodzić z przymierzalni z płaczem, bo w nic się nie mieści. Wolimy wrzucić do koszyka za ciasne S z metką oznaczoną jako XS i udawać, że świat jest piękny.

Efekt jest taki, że rozmiary puchną z roku na rok. Dzisiejsza rozmiarówka z sieciówek nie ma nic wspólnego z tą sprzed trzydziestu lat. Spodnie oznaczone kiedyś jako duża L, dzisiaj mogą nosić metkę M albo nawet S.

Różne rynki, różni odbiorcy

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy kupujesz ubrania marek zagranicznych. Rozmiarówka europejska, brytyjska, amerykańska i azjatycka to zupełnie inne światy. Amerykańskie ubrania są zazwyczaj luźniejsze i skrojone z zapasem. Brytyjskie potrafią być kapryśne, a azjatyckie… no cóż, tam rozmiar L potrafi wywołać uśmiech politowania u kogoś, kto na co dzień nosi europejskie S.

Każdy region projektuje z myślą o swoim typowym kliencie. Marka ze Szwecji ma zupełnie inną siatkę rozmiarów niż ta z Włoch. Włosi od zawsze słynęli z krawiectwa bliskiego ciału, gdzie każdy centymetr ma znaczenie. Skandynawowie z kolei stawiają na luźne formy i oversizowe kroje, w których masz czuć się swobodnie, niezależnie od sylwetki.

Koszty produkcji i krojenie materiału

Oprócz psychologii klientów i geografii mamy jeszcze czystą ekonomię. Uszycie ubrania kosztuje. Fabryki szukają oszczędności na każdym kroku. Układanie szablonów na belce materiału przypomina grę w Tetris. Im mniejsze odpady, tym większy zysk dla producenta.

Czasami ta sama fabryka szyje dla kilku różnych marek. Zmienia się tylko metka wszywana na końcu. Czy to oznacza, że ubranie będzie leżało tak samo? Niekoniecznie. Różne marki zamawiają inny margines tolerancji w szwach. Dla jednych centymetr w jedną czy drugą stronę to norma, dla innych – błąd jakościowy, który odrzuca całą partię.

Jak nie zwariować podczas zakupów?

Skoro wiemy, że metki to fikcja, po co na nie patrzyć? Najprostsza odpowiedź brzmi: nie patrzeć. Zamiast ufać cyferkům, zaufaj miarce krawieckiej i własnym oczom.

Zawsze sprawdzaj tabele rozmiarów podane na stronie internetowej sklepu. Zapomnij o tym, że nosisz rozmiar M. Zmierz swój obwód w biuście, talii i biodrach, a potem porównaj te liczby z tabelą producenta. To jedyny miarodajny sposób, żeby nie biegać co chwilę do kasy ze zwrotami.

Kupujesz stacjonarnie? Weź do przymierzalni dwie sztuki tego samego ubrania – swój domniemany rozmiar i jeden większy. Oszczędzisz sobie frustracji i stania w kolejkach. Moda ma sprawiać przyjemność, a nie być sprawdzianem z cierpliwości.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.