Home » Jak internet skrócił życie trendów

Jak internet skrócił życie trendów

Jak internet skrócił życie trendów

Kiedyś modowy cykl przypominał pociąg towarowy. Jechał wolno, zapowiadał się z daleka i rzadko zmieniał trasę. Projektanci wypuszczali kolekcje na wiosnę i jesień, magazyny drukowały grube numery z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a w sklepach rzeczy leżały wystarczająco długo, żeby zdążyły nam się opatrzyć, zanim zaczęły drażnić. Dziś to raczej rollercoaster napędzany podwójnym espresso. Trend rodzi się we wtorek na TikToku, w piątek noszą go tysiące ludzi w trzech europejskich stolicach, a w poniedziałek jest już obiektywnie obciachowy.

Internet zrobił z modą dokładnie to samo, co z wiadomościami czy muzyką. Rozbił ją na atomy i podkręcił tempo do granic absurdu. Zamiast czterech pór roku mamy teraz jakieś pięćdziesiąt mikrosezonów, które przechodzą jeden w drugi bez żadnego wyraźnego szwu.

Jak to się stało, że moda przestała nadążać za samą sobą

Zasada jest prosta: algorytm karmi się nowością. Jeśli wczoraj pokazałeś to samo co przedwczoraj, system uznaje cię za nudziarza i chowa twoje video na dno cyfrowej szuflady. Twórcy treści, marki odzieżowe i sami użytkownicy wpadli w ten wir. Żeby utrzymać uwagę odbiorcy, trzeba bez przerwy wrzucać do pieca nowe bodźce. W efekcie pojęcie mikrotrendu zjadło własny ogon. Jeszcze parę lat temu trend trwał sezon albo chociaż rok. Teraz żyje średnio trzy tygodnie. Czasem królem TikToka zostaje konkretny fason spodni albo odcień zieleni, po czym po miesiącu nikt już o nim pamięta, bo wszyscy zachwycają się czymś zupełnie innym.

To trochę tak, jakbyśmy zamiast spokojnego obiadu w restauracji dostawali codziennie tysiąc małych cukierków. Na początku jest słodko, szybko robi się niedobrze, a po wszystkim zostaje tylko ból zębów i pustka w żołądku.

Szafa jako plac budowy

Kiedyś kupowało się płaszcz na pięć lat. Był drogi, solidny, wełniany i człowiek nosił go z pewnym przywiązaniem. Dziś ubrania stały się tanie i nietrwałe, bo nikt nie zakłada, że ktoś będzie w nich chodził dłużej niż przez jeden cykl algorytmiczny. Sieciówki błyskawicznie kopiują to, co akurat świeci się na ekranie smartfona. Zanim wybieg z Paryża zdąży ostygnąć, w magazynach centralnych gotowe są już wykroje, a tiry mkną w stronę salonów sprzedaży.

Kupujemy więcej, nosimy rzadziej. Ubranie straciło swój dawny status małego dobra inwestycyjnego, a stało się jednorazowym gadżetem, czymś w rodzaju biletu do kina albo kubka kawy na wynos. Wyrzucamy je z szafy z taką samą łatwością, z jaką kasujemy stare zdjęcia z telefonu.

Zmęczenie materiału

Najciekawsze w tym pędzie jest to, że większość ludzi ma już tego dość. Coraz głośniej mówimy o zmęczeniu nadmiarem. Ciągłe kupowanie nowych rzeczy, żeby pasować do aktualnie obowiązującego wariantu stylu, po prostu męczy. Ludzie zaczynają doceniać rzeczy nudne. Klasyczne kroje, dobre materiały, ubrania, które mają za sobą jakąś historię i nie rozpadają się po trzecim praniu.

To nie jest wielka ideologiczna rewolucja. To raczej zwykły mechanizm obronny. Kiedy tempo życia przyspiesza do szaleństwa, szukamy punktów oparcia, które nie zmieniają się co wtorek. W modzie oznacza to zwrot ku prostocie i rzeczom, które po prostu dobrze leżą i nie wymagają ciągłego sprawdzania w aplikacji, czy nadal są modne.

Co zostanie z tego szaleństwa

Internet nie zwolni. Algorytmy nie zaczną nagle promować nudnych, starych swetrów, bo to się po prostu nie kliká. Ale my możemy zwolnić. Moda nie musi być listą zadań do odhaczenia co tydzień. Może być po prostu ubraniem, które zakładasz rano, żeby było ci wygodnie i żeby czuć się ze sobą w porządku. Bez oglądania się na to, co akurat polubiło sto tysięcy anonimowych kont.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.