Polityka często przypomina układanie wielkich puzzli przez ludzi, którzy nie do końca lubią swoje towarzystwo. Patrzysz czasem na ekran telewizora i zastanawiasz się, jakim cudem partia A, która obiecywała obniżki podatków, dogadała się z partią B, szermującą hasłami o państwie opiekuńczym i wielkich wydatkach budżetowych. Przecież jeszcze tydzień temu obrzucali się błotem w debatach, a dziś stoją ramię w ramię na konferencji prasowej i uśmiechają się do kamer. Czy to czysty cynizm? Czasami tak, ale najczęściej jest to po prostu zimna kalkulacja i czysta matematyka wyborcza.
Matematyka nie znosi próżni, czyli dlaczego 50% plus jeden to święty Graal
W demokracji parlamentarnej rządzi ten, kto ma większość. Nie ma znaczenia, czy masz w sejmie trzydzieści, czy czterdzieści procent poparcia – jeśli nie zdołasz przekonać do siebie odpowiedniej liczby posłów, zostajesz w opozycji z ładnymi plakatami i pustymi rękami. To trochę tak, jakbyś organizował zrzutkę na duży projekt, a brakuje ci dokładnie tej kwoty, którą ma twój sąsiad, z którym od lat nie rozmawiasz przez płot. Możesz dalej udawać, że go nie widzisz, albo zacisnąć zęby i dogadać się w imię wyższego celu.
Partie polityczne to nie kółka różańcowe ani kluby dyskusyjne. Ich celem jest władza, a władza to narzędzie do realizacji programu. Skoro więc samodzielnie nie da się jej zdobyć, trzeba szukać wspólników. Nawet takich, którzy wkurzają wyborców obu stron. W polityce obowiązuje prosta zasada – lepiej mieć połowę władzy i realizować część swoich postulatów, niż nie mieć jej wcale i co najwyżej pokrzykiwać z tylnych ław.
Kompromis jako sztuka przetrwania
Kiedy dwie różne formacje siadają do stołu, zaczyna się taniec na mine. Z jednej strony trzeba pokazać swoim wyborcom, że nie zdradziło się ideałów. Z drugiej strony trzeba oddać pola koalicjantowi, bo inaczej cały układ rozpadnie się po pierwszym głosowaniu. W praktyce wygląda to tak, że spuszcza się z tonu w tematach najbardziej spornych, a skupia na tym, co łączy.
Zasada jest prosta: szukamy części wspólnej. Jeśli jedna partia chce budować drogi, a druga szpitale, to w umowie koalicjonalnej znajdą się i drogi, i szpitale. Każdy przypisze sobie sukces, a trudne tematy, jak aborcja czy podatki dochodowe, wrzuci się do szuflady z napisem – „odłóżmy to na spokojniejsze czasy”. Wyborcy czasem się na to zoszczędzą, ale politycy wiedzą, że stabilność stołka jest wartka mniejszego konfliktu.
Kiedy wróg staje się najlepszym przyjacielem
Warto też spojrzeć na to z perspektywy psychologicznej. Politycy spędzają ze sobą mnóstwo czasu w Sejmie, komisjach i kuluarach. Znają swoje słabe punkty lepiej niż własne rodziny. Paradoksalnie, wspólne rządzenie potrafi zbliżyć ludzi z zupełnie różnych bajek, bo muszą razem płynąć tą samą łodzią podczas sztormu. Kiedy media zaczynają ich krytykować, stają się dla siebie tarczą ochronną.
Oczywiście, takie małżeństwa z rozsądku rzadko są usłane różami. Koalicjanci podgryzają się pod stołem, szukają momentów na osłabienie partnera i szykują się do kolejnych wyborów, w których znów będą rywalizować. Ale na tym polega gra. Tworzenie koalicji mimo różnic programowych to dowód na to, że system parlamentarny zmusza do rozmowy. Nawet wtedy, gdy najchętniej trzasnęłoby się drzwiami.

Zostaw komentarz