W świecie współczesnego kina i seriali nazewnictwo potrafi przyprawić o zawrót głowy. Często słyszymy, że powstaje nowa wersja kultowego hitu, ale raz nazywa się ją remakiem, innym razem rebootem, a jeszcze kiedy indziej okazuje się, że to po prostu spóźniony o dwadzieścia lat sequel. Dla przeciętnego widza, który chce po prostu obejrzeć dobry film wieczorem, te różnice mogą wydawać się mało istotne. Jednak zrozumienie tych pojęć pozwala lepiej zarządzać własnymi oczekiwaniami. Bo przecież czym innym jest dopisanie dalszego ciągu znanej historii, a czym innym wyrzucenie wszystkiego do kosza i zaczynanie od zera z tym samym bohaterem.
Warto zacząć od tego, że Hollywood i wielkie platformy streamingowe nie używają tych słów przypadkowo. To są konkretne narzędzia marketingowe. Kiedy studio ogłasza reboot, wysyła sygnał: „Zapomnijcie o tym, co było wcześniej, teraz robimy to inaczej, nowocześniej”. Kiedy mówi o sequelu, gra na naszej nostalgii i przywiązaniu do konkretnych aktorów. Rozróżnienie tych terminów to nie tylko zabawa w słownictwo, to klucz do zrozumienia, w którą stronę zmierza dzisiejsza popkultura.
Sequel, czyli co było dalej
Zacznijmy od najprostszego pojęcia, które towarzyszy nam od dekad. Sequel to po prostu kontynuacja. Jeśli film odniósł sukces, producenci chcą opowiedzieć, co wydarzyło się dalej z tymi samymi bohaterami w tym samym świecie. Najważniejszą cechą sequela jest zachowanie ciągłości wydarzeń. To, co stało się w pierwszej części, ma bezpośredni wpływ na drugą.
Dobrym przykładem są serie takie jak Gwiezdne Wojny czy filmy o przygodach Indiany Jonesa. Oglądając kolejną część, wiemy, że bohaterowie mają za sobą konkretne doświadczenia. Jeśli ktoś zginął w poprzednim filmie, to w sequelu zazwyczaj pozostaje martwy (chyba że mówimy o filmach science-fiction, gdzie zasady bywają luźne). Sequele są dla nas naturalne, bo przypominają kolejne rozdziały w książce. Lubimy je, bo pozwalają nam zostać z ulubionymi postaciami na dłużej.
W ostatnich latach pojawiło się też pojęcie legacy sequel. To specyficzny rodzaj kontynuacji, która powstaje po wielu latach przerwy. Przykładem może być Top Gun: Maverick. To wciąż ten sam świat i ten sam bohater, ale film jest skierowany zarówno do starych fanów, jak i do nowego pokolenia. Twórcy nie udają, że poprzednie części nie istniały – wręcz przeciwnie, budują na nich całą emocjonalną strukturę nowej opowieści.
Remake – ta sama piosenka, inny wykonawca
Przejdźmy do remake’u. Tutaj sprawa jest nieco inna. Remake nie opowiada o tym, co było dalej. On opowiada tę samą historię jeszcze raz, ale zazwyczaj z nową obsadą, lepszymi efektami specjalnymi i świeżym podejściem reżysera. Najprościej porównać to do coveru znanej piosenki. Melodia i tekst pozostają te same, ale wykonanie może być zupełnie inne.
Po co w ogóle robić remake? Powodów jest kilka. Czasami technologia poszła tak bardzo do przodu, że stara wersja wygląda dziś po prostu śmiesznie. Przykładem może być Król Lew z 2019 roku. Historia jest niemal identyczna jak w animacji z 1994 roku, ale sposób jej przedstawienia – fotorealistyczne zwierzęta zamiast rysunków – to zupełnie inna bajka. Innym powodem jest chęć przeniesienia zagranicznego hitu na rodzimy grunt. Amerykanie uwielbiają robić remaki świetnych filmów europejskich czy azjatyckich, żeby ich widzowie nie musieli czytać napisów i mogli zobaczyć na ekranie znane im twarze.
Ważne jest to, że remake zazwyczaj stara się zachować ducha oryginału. Nie zmienia zasad świata, nie zmienia charakteru postaci w sposób drastyczny. To próba opowiedzenia znanej legendy nowym językiem. Czasami remake okazuje się lepszy od oryginału (jak w przypadku Człowieka z blizną z Alem Pacino, który technicznie jest remakiem filmu z 1932 roku), ale częściej spotyka się z krytyką fanów, którzy uważają, że „nie poprawia się doskonałości”.
Reboot – palimy stare mosty
I tu dochodzimy do pojęcia, które budzi najwięcej emocji: reboot. To słowo pochodzi z informatyki i oznacza ponowne uruchomienie systemu. W kinie działa to identycznie. Reboot to sytuacja, w której twórcy biorą ogólny koncept, markę lub postać, ale całkowicie odcinają się od tego, co powstało wcześniej. Nie interesuje ich poprzednia linia czasu, poprzedni aktorzy ani ustalone wcześniej fakty.
Najlepszym przykładem rebootów są filmy o superbohaterach. Weźmy Batmana. Mieliśmy filmy Tima Burtona i Joela Schumachera, które tworzyły jedną całość. Potem przyszedł Christopher Nolan i zrobił Batman: Początek. To nie był sequel filmu Batman i Robin. To był całkowity reset. Nolan opowiedział historię od nowa, w innym tonie, z innym aktorem i zupełnie nową wizją świata. Później ten sam proces powtórzono z Batmanem w wydaniu Roberta Pattinsona.
Reboot daje twórcom ogromną wolność. Nie muszą się martwić, że w filmie sprzed dziesięciu lat jakaś postać zginęła albo coś się wydarzyło. Mogą wziąć esencję bohatera i osadzić go w zupełnie nowym kontekście. Dla widza to sygnał: „Możesz wejść do kina bez znajomości poprzednich pięciu części”. To idealny sposób na odświeżenie marki, która stała się zbyt skomplikowana lub po prostu przestała zarabiać pieniądze.
Dlaczego to nam się miesza?
Problemem jest to, że granice między tymi pojęciami czasem się zacierają. Weźmy serię James Bond. Każda zmiana aktora to w pewnym sensie mały reboot, bo rzadko kiedy filmy z nowym Bondem nawiązują do tych starych. Jednak dopiero Casino Royale z Danielem Craigiem było oficjalnym, twardym rebootem, który pokazał początki agenta 007, ignorując wszystko, co działo się przez poprzednie 40 lat.
Istnieje też coś takiego jak soft reboot. To film, który formalnie jest sequelem (dzieje się w tym samym świecie), ale wprowadza tak wielu nowych bohaterów i tak bardzo zmienia styl, że w praktyce pełni funkcję nowego otwarcia. Często robi się to, żeby przyciągnąć młodą widownię, nie obrażając przy tym starych wyjadaczy. Przykładem może być Legion samobójców: The Suicide Squad Jamesa Gunna – niby nawiązuje do poprzednika, ale robi to tak luźno, że można go traktować jako osobny byt.
Prequel i spin-off – dodatkowi gracze
Żeby obraz był pełny, musimy wspomnieć o dwóch kolejnych terminach. Prequel to film, który powstaje później, ale jego akcja dzieje się przed wydarzeniami z pierwszej części. Chcemy się dowiedzieć, jak czarny charakter stał się zły albo jak doszło do wielkiej wojny, o której tylko wspomniano w oryginale. Klasyką są tutaj epizody I-III Gwiezdnych Wojen.
Z kolei spin-off to opowieść poboczna. Bierzemy jedną postać, która nie była głównym bohaterem, i dajemy jej własny film. To nie jest kontynuacja głównej osi fabularnej, tylko wycieczka w bok. Świetnym przykładem jest Pingwin, serial będący spin-offem filmu The Batman. Skupiamy się na jednym wycinku świata, który nas zainteresował.
Jak to rozpoznać w praktyce?
Jeśli następnym razem zobaczysz zwiastun i nie będziesz wiedzieć, z czym masz do czynienia, zadaj sobie trzy proste pytania. Po pierwsze: czy grają ci sami aktorzy? Jeśli tak, to najpewniej sequel. Po drugie: czy to jest ta sama historia, którą już znasz, tylko opowiedziana nowocześniej? Jeśli tak, to remake. Po trzecie: czy twórcy mówią, że to „nowe spojrzenie” i ignorują poprzednie filmy? Wtedy mamy do czynienia z rebootem.
Warto pamiętać, że te wszystkie zabiegi wynikają z czystej ekonomii. Produkcja filmu kosztuje setki milionów dolarów. Łatwiej jest przekonać ludzi do pójścia do kina na markę, którą już znają, niż na coś zupełnie nowego. My, jako widzowie, też lubimy to, co znane. Lubimy wracać do ulubionych światów, nawet jeśli czasem narzekamy na brak oryginalności w Hollywood. Kluczem jest jakość – dobry reboot może być lepszy niż wymuszony sequel, a genialny remake może sprawić, że zapomnimy o oryginale.
W dzisiejszych czasach kino stało się wielkim recyklingiem pomysłów. Nie musi to być jednak wada. Dzięki rebootom dostaliśmy mrocznego Batmana, a dzięki sequelom mogliśmy obserwować, jak przez lata zmieniają się bohaterowie Toy Story. Najważniejsze to wiedzieć, na co się nastawić, gdy gasną światła w sali kinowej. Czy na sentymentalną podróż w przeszłość, czy na zupełnie nową jazdę bez trzymanki z bohaterem, którego imię dobrze znamy, ale którego charakter dopiero przyjdzie nam odkryć.

Zostaw komentarz