Home » Jak zmieniło się pojęcie wygody

Jak zmieniło się pojęcie wygody

Jak zmieniło się pojęcie wygody

Kiedyś wygoda kojarzyła się z czymś bardzo konkretnym. Był to fotel z grubym obiciem, który stał w salonie, telewizor z pilotem, żeby nie trzeba było wstawać do zmiany kanału, albo samochód z miękkim zawieszeniem. Wygoda była czymś materialnym, masywnym i przypisanym do konkretnego miejsca w przestrzeni. Dzisiaj definicja tego słowa rozjechała nam się w zupełnie inne strony. Siedząc w kawiarni na drewnianym krześle, pijesz kawę za trzydzieści złotych i czujesz się niesamowicie wygodnie, bo masz pod ręką naładowany telefon z dostępem do wszystkiego. Co więc właściwie stało się z tym pojęciem?

Od kanapy do wolności

Dawniej komfort mierzono kilogramami mebli i stopniem odizolowania od świata. Wygodnie było w domu, pod kocykiem. Na zewnątrz bywało różnie – zazwyczaj wietrznie, głośno i niewygodnie. Dziś granica między strefą relaksu a resztą świata prawie nie istnieje. Wygoda przestała być meblem, a stała się stanem spokoju ducha. To brak konieczności pamiętania o milionie rzeczy naraz. Jeśli twój telefon sam przypomina o rachunkach, a pralka powiadamia cię powiadomieniem na zegarku, że skończyła pranie, to właśnie kupiłeś sobie święty spokój. I to jest nowa definicja luksusu.

Zauważ, że przestaliśmy walczyć o fizyczny odpoczynek na rzecz psychicznego odciążenia. Wolimy zapłacić za subskrypcję aplikacji, która ułoży nam plan treningowy, niż sami siedzieć nad kartką papieru. Wygoda to obecnie oszczędność uwagi. Mózg ma być mniej zmęczony, a ciało? Ciało jakoś sobie poradzi.

Minimalizm i nowy komfort

Przez lata dążyliśmy do tego, żeby mieć więcej. Więcej poduszek na łóżku, więcej funkcji w piekarniku, więcej ubrań w szafie. W pewnym momencie okazało się jednak, że ten nadmiar nas zwyczajnie przytłacza. Czyszczenie piekarnika z trzydziestoma programami przestało być wygodne. Zaczęliśmy więc szukać komfortu w prostocie. Prawdziwie wygodny dom dzisiaj to taki, w którym łatwo się sprząta i w którym nic nie hałasuje bez potrzeby.

Podobnie jest z ubrań. Dresy przestały być symbolem lenistwa w niedzielne popołudnie, a stały się pełnoprawnym strojem do pracy, na zakupy, a czasem nawet na spotkanie biznesowe. Skoro można wyglądać dobrze i nie być ściskanym przez sztywne jeansy, to dlaczego mielibyśmy wybierać tę drugą opcję? Wygoda wygrała z elegancją, a świat od tego nie upadł. Wręcz przeciwnie, wszyscy chodzimy jacyś tacy luźniejsi.

Technologia, która ma pomagać

Jasne, technologia bywa męcząca. Powiadomienia migają, maile spływają w środku nocy, a algorytmy próbują nam sprzedać kolejne buty. Ale z drugiej strony, spójrz na to z perspektywy prozaicznych czynności. Kiedyś zakup pralki czy lodówki wiązał się z wyprawą do kilku sklepów i czekaniem na dostawę przez dwa tygodnie. Teraz klikasz w telefonie, a sprzęt przyjeżdża następnego dnia, wniesiony prosto do kuchni. To jest wygoda, do której tak szybko przywykliśmy, że traktujemy ją jak powietrze.

Podobnie jest z jedzeniem. Nie musisz gotować rosołu przez pięć godzin, żeby zjeść coś domowego. Nie musisz też stać w kolejkach w warzywniaku. Wystarczy kilka kliknięć. Oczywiście, pojawiają się głosy, że zatracamy w ten sposób umiejętności przetrwania, ale spójrzmy prawdzie w oczy – czy ktoś naprawdę tęskni za trzepaniem dywanów na śniegu? No właśnie.

Cena za święty spokój

Wszystko ma jednak swoją drugą stronę. Skoro wygoda stała sięsynonimem braku wysiłku, stajemy się odrobinę niecierpliwi. Jeśli strona internetowa ładuje się dłużej niż trzy sekundy, zamykamy ją z irytacją. Jeśli film na YouTube ma długa czołówkę, przewijamy. Nasza tolerancja na dyskomfort drastycznie spadła. Kiedyś czekanie na autobus przez dwadzieścia minut było po prostu częścią dnia. Dzisiaj patrzymy w aplikację, która co do sekundy pokazuje, gdzie jedzie pojazd, a i tak nas to denerwuje, jeśli spóźnia się o pół minuty.

Wygoda zaczyna nas też nieco zamykać w bańkach. Skoro aplikacje dostarczają nam dokładnie to, co lubimy – od muzyki po jedzenie – rzadziej wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Po co próbować czegoś nowego w restauracji, skoro algorytm podpowiada ci danie, które oceniłeś na pięć gwiazdek? W ten sposób fizyczny komfort zaczyna się wiązać z pewnym mentalnym uwiądem. Warto o tym pamiętać, zanim kolejny raz zamówimy dokładnie to samo przez internet.

Gdzie jest granica?

Może warto czasem zadać sobie pytanie, czy to my używamy udogodnień, czy to udogodnienia używają nas. Czasem najwygodniej jest po prostu wyłączyć telefon, wyjść na spacer bez słuchawek w uszach i poczuć ten mały dyskomfort związany z brakiem stałego dostępu do informacji. Bo prawdziwa wolność to chyba umiejętność rezygnacji z wygody wtedy, kiedy sami tego chcemy, a nie wtedy, kiedy musimy.

Zmieniło się to, że wygoda przestała być luksusem dla wybranych, a stała się standardem, którego wymagamy na każdym kroku. I nie ma w tym nic złego, dopóki pamiętamy, że życie poza strefą komfortu bywa całkiem ciekawe.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.