Kiedy rano sięgasz po ulubione spodnie z denimu, pewnie nie zastanawiasz się nad tym, że masz na sobie kawałek dawnego rzemiosła robotniczego. Dziś to oczywisty punkt wyjścia do każdej szafy, ale droga od grubego płótna namiotowego do wybiegów haute couture zajęła ponad sto lat i przypomina raczej scenariusz filmu akcji niż nudną lekcję historii.
Od płótna do nita
Wszystko zaczęło się w San Francisco w czasach gorączki złota. Jacob Davis, krawiec z Nevada, miał dość narzekań kopaczy na non stoprywające się kieszenie w spodniach. Wpadł na prosty pomysł – wzmocnić miejsca najbardziej narażone na obciążenia miedzianymi nitami od uprzęży końskich. Nie miał jednak pieniędzy na opłacenie patentu, więc napisał do swojego dostawcy tkanin. Nazywał się Levi Strauss.
Tak powstał duet, który zmienił światową modę. W 1873 roku oficjalnie zarejestrowano patent na nitowane spodnie. Materiał sprowadzano z Nîmes we Francji – stąd nazwa denim, czyli de Nîmes – oraz z Genui, co dało włoskie słowo gennowe, przekształcone przez Amerykanów w dobrze nam znane jeansy.
Zwróć uwagę na detale. Te małe miedziane kółeczka przy kieszeniach nie znalazły się tam przypadkowo. To czysta inżynieria użytkowa. Spodnie miały służyć w kopalniach, na budowach i przy wyrębie lasu. Miały być pancerzem dla robotnika, a nie ozdobą.
Buntownik z wyboru
Przez dziesięciolecia denim kojarzył się wyłącznie z klasą pracującą. I w sumie nikomu to nie przeszkadzało, dopóki w latach pięćdziesiątych XX wieku Hollywood nie postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce. Młodzież szukała swojego głosu, a kino dało jej ikonę. James Dean w filmie Buntownik bez powodu i Marlon Brando w Dzikim zrobili z prostych roboczych spodni uniform pokoleniowej rebelii.
Szkoły zaczęły zakładać jeansów, nazywając je symbolem braku szacunku i zagrożeniem dla porządku publicznego. W niektórych kinach czy restauracjach wprowadzono zakaz wstępu w denimie. I to był najlepszy chwyt marketingowy, jaki mógł się przydarzyć. Czego zakazujesz, tego młodzi chcą najbardziej.
Z czasem ten bunt spowszedniał. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jeansy przestały być manifestem, a stały się po prostu ubraniem. Nosili je wszyscy – od prezydentów po muzyków rockowych. Rynek zaczął eksperymentować z praniem, dziurami, kwasem i krojami. Nagle okazało się, że znoszone, poplamione spodnie można sprzedawać drożej niż te prosto z fabryki.
Jak kupować denim dzisiaj
Dzisiejszy rynek oferuje wszystko. Od tanich sieciówek po niszowe manufaktury szyjące z japońskiego denimu selvedge na starych krosnach czółenkowych. Różnica w cenie bywa gigantyczna, ale wynika zazwyczaj z trwałości materiału i sposobu farbowania.
Warto pamiętać o kilku prostych zasadach:
- Szukaj stuprocentowej bawełny, jeśli zależy Ci na tym, by spodnie z wiekiem nabierały charakteru i dopasowywały się do sylwetki.
- Domieszka elastanu sprawia, że są wygodniejsze od pierwszego założenia, ale szybciej tracą fason.
- Nie pierz jeansów po każdym założeniu. Serio. Wystarczy je przewietrzyć, a od czasu do czasu wrzucić do zamrażarki, żeby pozbyć się bakterii.
Wybór kroju to już kwestia czysto indywidualna. Rurki, boyfriendy, mom jeans, proste nogawki czy dzwony – moda wraca falami, ale dobrze skrojony denim zawsze obroni się sam. Najważniejsze to czuć się w nich swobodnie, bo ostatecznie to tylko ubranie, które ma ułatwiać życie, a nie stanowić problem egzystencjalny.

Zostaw komentarz