Są w życiu takie tematy, o których nikomu nie chce się rozmawiać przy kawie. Kopia zapasowa jest dokładnie na tej samej półce co polisa na życie albo przegląd gaśnicy w aucie. Wszyscy wiedzą, że to niby ważne, ale odkłada się to na święty nigdy. Przecież komputer działa, dysk nie hałasuje, a telefon ma się dobrze. Po co więc marnować czas na robienie jakichś kopii?
Problem polega na tym, że twardy dysk ma to do siebie, że nie wysyła smsów z ostrzeżeniem. Nie napisze ci w środę wieczorem: stary, padam w piątek o piętnastej, zapisz zdjęcia z wakacji. On po prostu w piątek rano robi czarny ekran, a ty zostajesz z ręką w nocniku i trzema latami wspomnień w postaci bezużytecznych płytek krzemu. I w tym momencie całe to nudne gadanie o backupach nagle przestaje być nudne.
Jak działa ludzka pamięć i dlaczego naiwnie wierzymy w niezawodność sprzętu
Mózg człowieka ma dziwną cechę. Zakładamy, że skoro coś raz kupiliśmy i dobrze działa, to będzie tak wiecznie. Kupujesz drogi laptop, wsadzasz go do markowej torby i wydaje ci się, że złapałeś Pana Boga za nogi. Sprzęt jest solidny, metalowy, ciężki. Przecież taki klocek nie może się zepsuć ot tak.
A jednak może. Elektronika starzeje się bezszelestnie. Czasem wystarczy pechowy skok napięcia w gniazdku, czasem zalana klawiatura herbatą, a czasem po prostu pech i zużycie materiału. Pomyśl o tym jak o zamkach w drzwiach. Działają latami, aż pewnego dnia klucz kręci się w kółko, a ty stoisz na klatce schodowej w samych skarpetkach. Kopia zapasowa to po prostu zapasowy klucz schowany u sąsiada. Niby zbędny przez 364 dni w roku, ale w tym jednym dniu wart absolutnie każdych pieniędzy.
Najczęstsze błędy, czyli mit bezpiecznego jednego dysku
Najczęstszy błąd, jaki widzę u znajomych, to trzymanie kopii na tym samym komputerze, tylko w innym folderze. To tak, jakbyś chował pieniądze przed złodziejem w lodówce, podczas gdy złodziej przeszukuje całe mieszkanie. Jeśli spali się zasilacz albo system złapie groźnego wirusa szyfrującego pliki, ucierpi cała partycja. Kopia ma sens tylko wtedy, gdy jest fizycznie odseparowana od źródła.
Drugi grzech główny to robienie backupu raz na pięć lat. Pamiętam kolegę, który dumnie machał mi przed nosem pendrivem i mówił, że ma tam wszystko. Okazało się, że pendrive pochodził z czasów studiów, a od trzech lat prowadził firmę, zmieniał auta i ożenił się. Na tym jego cudownym pendrivie nie było śladu z ostatnich kilkudziesięciu miesięcy jego realnego życia. Kopia musi żyć razem z nami. Powinna robić się w tle, bez naszego udziału, bo człowiek z natury jest leniwy i po prostu zapomni.
Trzy złote zasady, które uratują ci skórę
Nie musisz być informatykiem z NASA, żeby zabezpieczyć swoje pliki. Wystarczy trzymać się kilku prostych zasad, które sprawią, że śpisz spokojnie.
Zasada pierwsza: reguła 3-2-1. Brzmi jak kryptonim tajnej operacji, ale to najprostsza matematyka świata. Masz mieć trzy kopie swoich danych: jedną główną na komputerze i dwie zapasowe. Te dwie zapasowe trzymasz na dwóch różnych nośnikach, na przykład na zewnętrznym dysku twardym i w chmurze. I teraz najważniejsze – chmura to nie jest dysk wirtualny na pulpicie, tylko bezpieczna przestrzeń u zewnętrznego dostawcy, do której nie ma dostępu twój domowy kot wlewający sok na klawiaturę.
Zasada druga: automatyzacja. Jeśli masz pamiętać o tym, żeby w każdy piątek podłączyć dysk i skopiować pliki, to daję ci góra trzy tygodnie. Potem o tym zapomnisz. Współczesne systemy operacyjne i programy robią to same. Ustawiasz raz, system mieli pliki w nocy, kiedy smacznie śpisz, a rano masz pewność, że wszystko jest na swoim miejscu.
Zasada trzecia: testowanie. Zrobienie kopii to połowa sukcesu. Drugą połową jest sprawdzenie, czy ta kopia w ogóle działa. Ludzie robią backupy przez lata, a kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że pliki są uszkodzone, hasło przepadło, a dysk zewnętrzny odmawia współpracy. Raz na pół roku warto spróbować odzyskać kilka losowych plików. To zajmuje pięć minut, a daje psychiczny komfort.
Chmura czy dysk fizyczny – co wybrać?
To odwieczny dylemat. Dysk fizyczny, czyli taki mały prostokąt, który podłączasz przez kabelek USB, ma tę zaletę, że jest twój. Nikt tam nie zagląda, nie płacisz miesięcznego abonamentu i działa nawet wtedy, gdy odetną ci internet. Minus? Możesz go zgubić, zalać kawą albo może go ukraść ktoś obcy.
Chmura z kolei jest wygodna, bo pliki masz wszędzie tam, gdzie masz zasięg telefonu. Możesz pokazać zdjęcia z wakacji babci na drugim końcu Polski, siedząc w pociągu. Minusy? Wymaga stałego dostępu do sieci, a za dużą przestrzeń trzeba regularnie płacić. Co więc wybrać? Najlepiej obie opcje naraz. Dokumenty firmowe i ważne papiery trzymaj w chmurze, a wielkie biblioteki zdjęć rodzinnych wrzuć na fizyczny dysk leżący w szufladze.
Ile warte są twoje wspomnienia?
Zastanów się przez chwilę, co masz w tej chwili na swoim komputerze. Praca magisterska pisana po nocach? Rachunki z ostatnich pięciu lat? A może tysiące zdjęć dorastającego dziecka, których nikt nigdy nie wywołał do tradycyjnego albumu? To są rzeczy, których nie da się kupić w sklepie za rogiem. Możesz kupić nowy komputer za pięć tysięcy złotych, ale nie kupisz za żadne pieniądze pierwszych kroków swojego malucha.
I właśnie dlatego ten cały proces nie jest nudny. On jest po prostu nudny tylko wtedy, kiedy wszystko działa. W dniu awarii staje się najbardziej fascynującym elementem technologii w twoim domu. Tyle że wtedy jest już za późno na naukę. Lepiej poświęcić te dwadzieścia minut dzisiaj i skonfigurować prostą kopię, niż za rok patrzeć w czarny monitor z poczuciem dobrze ukrytego żalu do samego siebie.
Nie odkładać na jutro tego, co można zabezpieczyć dzisiaj. Brzmi jak tani slogan z poradnika motywacyjnego, ale w świecie cyfrowym to po prostu czysta, twarda rzeczywistość. Twój komputer prędzej czy później pójdzie na emeryturę. Pytanie tylko brzmi, czy zabierze ze sobą twoje cyfrowe życie, czy zdążysz go wcześniej uprzedzić.

Zostaw komentarz