Jeszcze kilkanaście lat temu kieszenie spodni wypychaliśmy portfelem, pękiem kluczy, osobnym aparatem fotograficznym, a w podróż zabieraliśmy papierową mapę. Dzisiaj wszystko to mieści się w jednym, płaskim prostokącie z szkła i aluminium. Smartfon zastąpił nam niemal każdy gadżet codziennego użytku, stając się cyfrowym szwajcarskim scyzorykiem. Wygoda ta jest tak wielka, że rzadko zadajemy sobie pytanie o jej drugą stronę. A granice tej wygody powoli zaczynają nas uwierać, choć rzadko to zauważamy na co dzień.
Od telefonu do dowodu osobistego
Zaczęło się niewinnie od dzwonienia i pisania SMS-ów. Potem dorzuciliśmy do tego pocztę e-mail, aparat i nawigację GPS. W pewnym momencie tradycyjna mapa w schowku samochodowym stała się bezużyteczna, bo Google Maps czy Apple Maps prowadzą nas nie tylko drogami, ale też przez piesze skróty i zatłoczone metropolie. Aparat w telefonie osiągnął poziom, przy którym lustrzanki wylądowały na dnie szafy albo zostały sprzedane na portalach aukcyjnych. Nie nosimy już ze sobą pamięci USB, bo wszystko wisi w chmurze.
Najnowszy etap tej rewolucji to przeniesienie naszej tożsamości i finansów do pamięci urządzenia. Płacimy zbliżeniowo telefonem, w aplikacji mObywatel trzymamy dowód osobisty, prawo jazdy, a nawet legitymację studencką. Coraz częściej zamiast fizycznego klucza do domu czy biura używamy cyfrowego zamka otwieranego przez Bluetooth. Smartfon przestał być urządzeniem komunikacyjnym. Stał się kluczem do naszej egzystencji w świecie cyfrowym i fizycznym.
Gdy wygoda zamienia się w smycz
Pomyśl o tym, co dzieje się w momencie, gdy bateria w telefonie rozładowuje się w środku obcego miasta. Nagle stajemy się bezradni jak dzieci we mgle. Nie wezwiemy taksówki, nie zapłacimy za kawę, nie sprawdzimy rozkładu jazdy autobusów i nie wrócimy do domu, bo zamek w drzwiach otwiera się aplikacją. To jest moment, w którym wygoda nagle zamienia się w zależność. Jesteśmy jak podłączeni do kroplówki – bez urządzenia czujemy się odcięci od tlenu.
To uzależnienie nie dotyczy tylko logistyki, ale też naszej psychiki. Smartfon wie o nas wszystko. Wie, gdzie byliśmy wczoraj o trzeciej w nocy, co kupiliśmy na obiad, z kim rozmawialiśmy najdłużej i jakiej muzyki słuchamy, kiedy jesteśmy smutni. Zgoda na to wszystko jest ukryta w grubych regulaminach, których nikt nie czyta. Oddajemy prywatność w zamian za to, żeby mapa szybciej wyznaczyła trasę omijającą korki.
Cyfrowy minimalizm kontra rzeczywistość
Wielu z nas próbuje z tym walczyć. Pojawiają się ruchy powrotu do tzw. głupich telefonów (dumbphones), czyli prostych urządzeń z klawiaturą numeryczną, które służą tylko do dzwonienia i pisania wiadomości. Ludzie kupują je, żeby odzyskać spokój, przestać bezmyślnie scrollować portale społecznościowe i nie być dostępnym 24 godziny na dobę. Problem polega na tym, że otaczający nas świat bardzo utrudnia takie odcięcie.
Spróbuj dzisiaj pójść do restauracji, która nie ma tradycyjnego menu, tylko kody QR na stolikach. Spróbuj załatwić sprawę w urzędzie bez profilu zaufanego w telefonie albo kupić bilet parkingowy w strefie płatnego parkowania, gdzie parkomaty przyjmują tylko płatności mobilne. System zakłada, że smartfon ma każdy. Jeśli go nie masz albo chcesz z niego zrezygnować, stajesz się cyfrowym wykluczonym. Granice wygody zostały przekroczone w momencie, gdy wygoda stała się przymusem.
Gdzie leży rozsądna granica?
Nie chodzi o to, żeby wyrzucić smartfon przez okno i wracać do budek telefonicznych. To byłoby naiwne i zwyczajnie niewygodne. Technologia ułatwia nam życie i to jest fakt, z którym nie ma co dyskutować. Pieniądze w telefonie są szybsze, a GPS oszczędza godziny błądzenia po nieznanych miastach. Kluczem jest jednak zachowanie trzeźwości umysłu i budowanie tzw. planu awaryjnego.
Warto czasem nosić przy sobie fizyczną kartę płatniczą na dno plecaka. Warto zapisać na kartce najważniejsze numery telefonów, zamiast polegać wyłącznie na cyfrowej chmurze. Warto też zadbać o to, by telefon był naszym narzędziem, a nie panem, który dyktuje nam, kiedy mamy podnieść wzrok znad ekranu. Bo prawdziwa wolność to nie brak ograniczeń, ale możliwość wyboru, kiedy z tych udogodnień chcemy skorzystać, a kiedy wolimy zrobić coś po staremu.
Zamiast bezrefleksyjnie przyjmować każdą nową funkcję ułatwiającą życie, warto czasem zadać sobie pytanie: czy to ja kontroluję urządzenie, czy to ono kontroluje każdy mój krok? Odpowiedź bywa niewygodna, ale od niej zależy, jak będzie wyglądała nasza najbliższa przyszłość w świecie zdominowanym przez ekrany.

Zostaw komentarz