Home » Co dzieje się z biznesem, gdy jego właściciel przestaje być potrzebny

Co dzieje się z biznesem, gdy jego właściciel przestaje być potrzebny

Co dzieje się z biznesem, gdy jego właściciel przestaje być potrzebny

Każdy budujący firmę ma w głowie cichy scenariusz sukcesu. W tym filmie pewnego dnia wszystko działa gładko, mechanizm kręci się sam, a właściciel siedzi na tarasie z kawą, patrząc tylko na rosnące słupki w Excelu. Rzeczywistość rzadko bywa tak malownicza, ale moment, w którym firma przestaje pilnie potrzebować obecności swojego twórcy, nadchodzi prędzej czy później. Pytanie brzmi nie czy to się stanie, ale co się dzieje z biznesem i samym człowiekiem, gdy ta chwila nadejdzie.

Kryzys autonomii, czyli moment próby

Przez pierwsze lata istnienia firmy właściciel jest jej klejem. Trzyma pion, poziom, pamięta hasła do wszystkich kont, wie dlaczego klient z trzeciego piętra jest niezadowolony i sam decyduje, czy kupić nowy ekspres do kawy. W pewnym sensie biznes jest przedłużeniem jego osobowości. Kiedy nagle okazuje się, że pracownicy podejmują decyzje szybciej i lepiej bez konsultacji, a klienci nawet nie zauważają dłuższego urlopu szefa, pojawia się osobliwe uczucie.

Z jednej strony to ulga. Z drugiej – cichy lęk przed zbędnością. Ludzka psychika lubi czuć się potrzebna. Jeśli cała tożsamość budowana była na haśle jestem niezastąpiony, moment, w którym system udowadnia coś wręcz przeciwnego, może przypominać zimny prysznic.

Biznes wchodzi wtedy w zupełnie nową fazę. Przestaje być rzemiosłem jednego człowieka, a staje się organizmem. Organizmem, który albo potrafi oddychać samodzielnie, albo udusi się przy pierwszej próbie odcięcia pępowiny.

Co dzieje się w środku maszyny?

Gdy właściciel przestaje być centralnym punktem zapalnym każdego problemu, wewnątrz organizacji zachodzi głęboka przebudowa. Zmienia się dynamika relacji.

  • Kompetencje wracają do właścicieli procesów. Pracownicy przestają czekać na pozwolenie. Skoro szef nie ma czasu albo po prostu nie musi już zatwierdzać każdej faktury, zespół musi przejąć odpowiedzialność. To rodzi autentyczne przywództwo na niższych szczeblach.
  • Procedury przestają być martwymi dokumentami. Kiedy nikt nie stoi nad nikim z batem, jedynym drogowskazem staje się jasny proces. Firmy, które przetrwały ten moment, to te, które potrafiły przelać intuicję założyciela na język powtarzalnych zadań.
  • Kultura organizacyjna dojrzewa. Znika kult jednostki, a pojawia się kult skuteczności. Ludzie zaczynają grać do tej samej bramki nie dlatego, że szef patrzy, ale dlatego, że rozumieją cel i zasady gry.
  • Wolność, która bywa trudna

    Wielu przedsiębiorców pragnie wolności, ale gdy już ją dostają, nie wiedzą, co z nią zrobić. Wolność od operacyjnej codzienności to nie tylko leżenie na plaży. To przede wszystkim zmiana roli z operatora na architekta.

    Kiedy nie trzeba już gaszyć pożarów, pojawia się przestrzeń na nudę. A nudę w biznesie rzadko lubimy. To wtedy najczęściej popełnia się błędy polegające na szukaniu problemów na siłę. Właściciel, który staje się zbędny w codziennych operacjach, musi znaleźć sobie nowe zajęcie. Może to być rozwój strategiczny, ekspansja na inne rynki albo całkowite wycofanie się i patrzenie na biznes z poziomu rady nadzorczej.

    Jednak najtrudniejszą sztuką jest powstrzymanie się przed wracaniem do starych nawyków. Nic tak nie psuje samodzielnego zespołu jak szef, który znudzony brakiem zajęć nagle decyduje się naprawić coś, co działało dobrze pod jego nieobecność.

    Test dojrzałości rynkowej

    Firma, która nie potrzebuje właściciela do bieżącego funkcjonowania, zyskuje ogromną przewagę konkurencyjną. Staje się elastyczna. Reaguje na zmiany szybciej, bo decyzje zapadają bliżej problemu. Co więcej, taki biznes zyskuje realną wartość rynkową.

    Przedsiębiorstwo uzależnione w stu procentach od założyciela właściwie nie ma wartości inwentarzowej. Jeśli właściciel zachoruje, wyjedzie lub po prostu znudzi się biznesem, firma rozsypuje się jak domek z kart. Nikt nie kupi ryzyka w postaci organizacji, która przestaje istnieć wraz z odejściem jednej osoby.

    Dopiero moment, w którym firma radzi sobie bez sternika, zmienia ją w aktywo. W coś, co można sprzedać, przekazać dzieciom albo zostawić w rękach profesjonalnego zarządu, śpiąc spokojnie po nocach.

    Paradoks sukcesu

    Ostatecznie dochodzimy do miejsca, które można nazwać paradoksem dobrego zarządzania. Celem każdego przedsiębiorcy powinno być wyhodowanie biznesu, który go przerosnie. Paradoks polega na tym, że udany biznes to taki, bez którego świat, a przede wszystkim klienci i pracownicy, doskonale potrafią funkcjonować.

    To wymaga jednak sporej dawki pokory. Trzeba zaakceptować fakt, że nasza rola ma swój początek i, prędzej czy później, powinna mieć też racjonalne ograniczenie. Najlepsze firmy to te, które rosną dzięki ludziom, a nie dzięki jednemu niezastąpionemu geniuszowi przy biurku w rogu.

    Kiedy właściciel staje się zbędny operacyjnie, firma wreszcie zaczyna żyć własnym życiem. I choć dla ego bywa to bolesne, dla portfela i świętego spokoju jest to najlepszy możliwy scenariusz.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.