Siedzisz przy biurku, robisz porządki i nagle w ręce wpadka ci się stary bilet do kina z seansu, który odbył się dziesięć lat temu. W tym samym ułamku sekundy czujesz zapach popcornu, przypominasz sobie nerwowe poprawianie włosów i to dziwne uczucie w żołądku, bo osoba siedząca obok była po prostu ważna. Przedmioty mają w sobie dziwną moc. Nie są tylko martwą materią, kawałkiem plastiku, papieru czy metalu. Są jak małe kapsułki czasu, które otwierają się bez klucza, dokładnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.
Jak działa nasz osobisty GPS pamięci
Nasza pamięć nie działa jak twardy dysk w komputerze, gdzie pliki leżą poukładane w folderach. Przypominanie sobie to raczej proces budowania układanki na nowo za każdym razem, gdy chcemy do czegoś wrócić. Kiedy patrzymy na jakiś przedmiot, dajemy mózgowni potężną podpowiedź. Zmysł wzroku i dotyku działają tu jak iskra, która podpala lont ukrytych w głowie skojarzeń.
Psycholodgiowie nazywają to czasem efektem zakotwiczenia. Rzecz materialna staje się kotwicą, która trzyma w ryzach całą masę wspomnień, emocji i zapachów. Bez niej te wspomnienia też by tam były, zakopane gdzieś pod stertą bieżących spraw, rachunków i zakupów spożywczych. Przedmiot sprawia, że abstrakcyjna przeszłość nagle nabiera kształtów. Staje się czymś, czego można dosłownie dotknąć.
Dlaczego nie wyrzucamy starych gratów
Każdy z nas ma w domu szufladę albo pudełko, w którym trzyma rzeczy zupełnie nieprzydatne. Stare bilety, zasuszone liście z wakacji, zepsuty zegarek po dziadku czy rysunek od dziecka, który wygląda jak bazgroł kosmity. Z punktu widzenia czystej praktyczności to zwykłe śmieci, które zajmują miejsce. Jednak wyrzucenie ich często wiąże się z dziwnym, ukrytym oporem.
Mamy wrażenie, że wyrzucając przedmiot, wyrzucamy kawałek własnego życia. To oczywiście złudzenie, ale bardzo silne. Rzeczy dają nam poczucie ciągłości. Pokazują nam, kim byliśmy pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Kiedy patrzymy na bluzę, w której chodziliśmy w liceum, widzimy tamtego siebie – szczuplejszego, może bardziej zagubionego, ale z zupełnie inną energią. To dowód na to, że nasza historia naprawdę się wydarzyła, a nie tylko nam się przyśniła.
Przedmioty jako protezy pamięci
Życie pędzi tak szybko, że gdybyśmy mieli pamiętać wszystko, co robiliśmy rok temu w czwartkowe popołudnie, nasze głowy dawno by eksplodowały. Mózg musi selekcjonować informacje. Wyrzuca to, co uznaje za zbędne. Rzeczy robią za nas brudną robotę. Są jak zewnętrzne dyski twarde, na których zapisujemy ważne momenty.
Dlatego tak bardzo bolą nas straty materialne. Spłonięty dom, zgubiony portfel czy skradziony aparat fotograficzny to nie tylko strata finansowa. To przede wszystkim ból po utracie dostępu do własnej przeszłości. Zdjęcia w telefonie trochę to ułatwiają, ale plik cyfrowy rzadko wywołuje takie ciarki jak dotknięcie papierowej odbitki, na której widać odciski palców sprzed lat.
Co naprawdę zostaje w człowieku
Z biegiem lat gromadzimy coraz więcej rzeczy i w pewnym momencie zaczynamy czuć, że to nas przytłacza. Wtedy urządzamy wielkie wietrzenie szaf, minimalizm i pozbywanie się balastu. Często idzie to gładko, aż trafiamy na ten jeden konkretny drobiazg i cały plan biorą w łeb. Nagle porządki idą w odstawkę, a my siedzimy na podłodze z głową pełną dawnych historii.
I w tym nie ma nic złego. To całkowicie naturalne, że potrzebujemy materialnych świadków naszego istnienia. Przedmioty pomagają nam zrozumieć, dokąd zmierzamy, przypominając nam, skąd przyszliśmy. Nie chodzi o to, żeby żyć przeszłością i zamienić mieszkanie w muzeum gratów. Chodzi o to, żeby od czasu do czasu pozwolić sobie na chwilę refleksji, patrząc na zwykły kubek, stary aparat albo wyblakłą pocztówkę.

Zostaw komentarz