Żyjemy w czasach, kiedy wszystko musi mieć swój cel, wykres i plan naprawczy. Nawet poranna kawa przestała być po prostu gorącym napojem, a stała się elementem biohackingu, który ma podnieść naszą efektywność w pracy o dokładnie siedemnaście procent. Wchodzimy do internetu i z każdej strony atakują nas poradniki o tym, jak wstać wcześniej, jak wycisnąć więcej z każdej minuty i jak zarządzać czasem tak, żeby zagiąć czasoprzestrzeń. Chcemy być jak dobrze naoliwione maszyny. Tylko że człowiek to nie fabryka śrubek, a życie to nie arkusz kalkulacyjny, w którym wszystko musi się spinać na koniec miesiąca.
Kult świętego spokoju, który stał się luksusem
Spójrzmy prawdzie w oczy – obsesja na punkcie ciągłego ulepszania każdego aspektu naszej codzienności zaczyna nas po prostu męczyć. Kiedyś wolny czas był po prostu czasem wolnym. Dziś wolny czas to projekt do realizacji. Masz przeczytać mądrą książkę, zrobić trening mobilności, uczyć się języka z aplikacji i jeszcze zadbać o relacje w modelu win-win. Gdzie w tym wszystkim miejsce na zwykłą nudę? Na ggapienie się w sufit i bezcelowe siedzenie na kanapie? Zrobiliśmy z odpoczynku zadanie do odhaczenia, a to najkrótsza droga do tego, żeby ten odpocznek w ogóle nie działał.
Optymalizacja ma sens tam, gdzie ułatwia nam życie. Jeśli automatyzacja przelewów oszczędza mi stania w kolejkach na poczcie – super. Jeśli planowanie posiłków sprawia, że nie wyrzucam jedzenia – świetnie. Problem zaczyna się w momencie, w którym zaczynamy optymalizować pasje. Kiedy hobby staje się kolejnym miejscem, gdzie musimy dowozić wyniki. Jeśli biegasz dla przyjemności, to naprawdę nie musisz kupować zegarka za trzy tysiące złotych, żeby mierzyć kadencję kroków i strefy tętna. Czasami wystarczy po prostu wybiec z domu i wrócić, kiedy poczujesz zmęczenie.
Dlaczego nieefektywność bywa zdrowa
Mózg potrzebuje momentów, w których robi rzeczy całkowicie bezużyteczne. To w takich chwilach rodzą się najlepsze pomysły i to wtedy układ nerwowy odcina nadmiar bodźców. Kiedy próbujemy kontrolować każdą godzinę, zamykamy się w klatce własnych oczekiwań. Życie przecieka nam przez palce nie dlatego, że robimy za mało, ale dlatego, że nawet wtedy, kiedy nic nie robimy, czujemy z tego powodu poczucie winy. To absurdalne. Poczucie winy za to, że nie byliśmy produktywni w niedzielne popołudnie, to choroba naszych czasów.
Przypomnij sobie swoje najlepsze wspomnienia. Zakładam, że nie pochodzą z excela z podsumowaniem roku. Najlepsze momenty są zazwyczaj chaotyczne, spontaniczne i zupełnie nieopłacalne. To te długie rozmowy do trzeciej w nocy, które sprawiają, że rano ledwo żyjemy. To spalona pizza, którą jedliśmy na podłodze w salonie, bo zapomnieliśmy o piekarniku, śmiejąc się przy tym do łez. Takie chwile nie mają żadnej metryki efektywności. Są po prostu dobre, bo są ludzkie.
Gdzie postawić granicę
Nie chodzi o to, żeby teraz rzucić wszystko, skasować kalendarze i żyć w jaskini. Chodzi o złapanie pewnego dystansu. Warto od czasu do czasu zadać sobie proste pytanie – czy ja to robię, bo naprawdę tego chcę, czy dlatego, że ktoś mi wmówił, iż dzięki temu będę lepszą wersją samego siebie? Czasami najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla swojego zdrowia psychicznego, jest odpuszczenie.
Zgoda na to, że obiad będzie dzisiaj przeciętny, dom nie będzie lśnił czystością, a w pracy zrobisz tylko tyle, ile musisz, a nie sto dwadzieścia procent normy. Świat się nie zawali. Serio. Słońce wstanie rano dokładnie tak samo, a ty obudzisz się z lżejszą głową. Pozwól sobie na bycie nieidealnym. Pozwól sobie na marnowanie czasu w sposób, który sprawia ci radość. Bo na końcu liczy się to, jak się ze sobą czujemy, a nie to, ile wierszy w tabelce udało nam się zaznaczyć na zielono.

Zostaw komentarz