Żyjemy w czasach, w których każda dobra kawa, każdy zachód słońca i każde spotkanie ze znajomymi domagają się natychmiastowego zapisu. Ręka sama sięga po telefon, aparat robi swoje, a potem jeszcze trzeba wybrać filtr, wymyślić chwytliwy podpis i wrzucić relację. Z czasem robimy to tak automatycznie, że nawet nie zauważamy momentu, w którym przestajemy uczestniczyć w tym, co dzieje się tuż obok nas. Zamiast przeżywać urlop, organizujemy go dla obcych ludzi w internecie. I powiedzmy sobie szczerze – na dłuższą metę to po prostu męczące.
Kiedy aparat staje się filtrem między tobą a światem
Pomyśl o ostatnim koncercie, na którym byłeś. Ile z niego pamiętasz naprawdę, a ile przez mały ekran trzymany w górze przez dwie godziny? Dokumentowanie rzeczywistości ma w sobie coś z obietnicy nieśmiertelności. Wydaje nam się, że jeśli czegoś nie sfotografujemy, to to zniknie, zatrze się w pamięci, przestanie istnieć. To złudzenie. Nasz mózg radził sobie z zapamiętywaniem bez pomocy chmury przez tysiące lat i wciąż robi to całkiem nieźle – pod warunkiem, że pozwolimy mu na to.
Kiedy ciągle robimy zdjęcia i kręcimy filmiki, nasz mózg przestaje traktować dane wydarzenie jako coś ważnego do przeżycia, a zaczyna traktować je jak projekt do wykonania. To tak, jakbyś zamiast zjeść pyszną kolację, pracował w restauracji jako kelner, który tylko ją podaje. Niby jesteś w centrum wydarzeń, ale nic z tego nie masz dla siebie.
Gdzie podziały się chwile tylko dla ciebie?
Zauważ, że brakuje nam już prywatnych wspomnień. Takich, o których nikt inny nie wie. Wszystko musi być relacjonowane, oceniane, lajkowane. A przecież najcenniejsze momenty w życiu to te, które zostają tylko w naszej głowie. Cisza w niedzielne popołudnie, rozmowa przy herbacie, która nie musi trafić do internetu, żeby mieć wartość. Życie bez aparatu skierowanego non stop na siebie czy otoczenie ma w sobie niezwykły spokój.
To trochę tak, jakby zdjąć z oczu okulary z grubym filtrem. Nagle kolory stają się bardziej nasycone, dźwięki wyraźniejsze, a czas przestaje uciekać przez palce. Zniknąć z radaru na kilka godzin to żaden luksus – to podstawowa higiena psychiczna, o której zdążyliśmy zapomnieć.
Po co właściwie to robimy?
Warto zadać sobie proste pytanie: dlaczego to robię? Czy wrzucam to zdjęcie, bo naprawdę chcę podzielić się czymś fajnym, czy może po to, żeby dostarczyć sobie szybkiej dawki dopaminy? Poczucie, że inni patrzą i klaszczą, uzależnia szybciej niż poranna kawa. Problem polega na tym, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im więcej pokazujemy, tym więcej czujemy się zobowiązani pokazać. Wpadamy w pętlę cyfrowego obowiązkowego uczestnictwa, z której trudno się wyplątać, bo przecież nikt nie chce być pominięty.
Kiedy jednak decydujesz się na eksperyment i odpuszczasz, dzieje się coś zaskakującego. Świat się nie wali. Nikt nie dzwoni z policji, znajomi nie przestają cię lubić, a praca szuka cię dokładnie tak samo jak wcześniej. Okazuje się, że nasza obecność w sieci wcale nie jest tak kluczowa dla wszechświata, jak nam się wydawało. I to jest cholernie uwalniające uczucie.
Jak zacząć odpuszczać z klasą
Nie musisz od razu wyrzucać telefonu do rzeki ani kasować kont we wszystkich mediach społecznościowych. Chodzi o małe kroki. Wyjdź do sklepu bez telefonu w kieszeni. Kiedy idziesz na spacer, zostaw aparat w torbie i wyjmij go tylko wtedy, gdy zobaczysz coś absolutnie wyjątkowego – a nie za każdym razem, gdy ładnie zaświeci słońce. Zobaczysz, że brak ciągłego dokumentowania sprawia, iż zaczynasz zauważać detale, których wcześniej nie widziałeś.
Zamiast myśleć o tym, jak opisać daną sytuację w internecie, po prostu w niej bądź. Porozmawiaj z kimś, patrząc mu w oczy, a nie na jego profilowe. Zjedz obiad, czując jego smak, a nie zastanawiając się, czy talerz ładnie wygląda w kadrze. To proste zmiany, które dają natychmiastowe efekty w postaci mniejszego zmęczenia i większej ilości energii.
Mniej archiwizacji, więcej życia
Życie to nie album do odhaczania kolejnych punktów i ładnych kadrów. To proces, który dzieje się tu i teraz. Kiedy przestajesz wszystko dokumentować, zyskujesz coś bezcennego – własną uwagę. A uwaga to w dzisiejszych czasach najbardziej deficytowy towar. Spróbuj oddać ją sobie, a nie algorytmom. Zobaczysz, że bez tego całego cyfrowego szumu żyje się po prostu lżej.

Zostaw komentarz